BIULETYN | BLOG | LINKI

Beata Krupianik (koty bródnowskie)

Nazywam się Beata Krupianik i mam 34 lata. Trzy lata temu musiałam zmienić wiele rzeczy w swoim życiu bo ....... bo przypadkowo odsłoniłam wierzchołek kociej góry lodowej. Wlazłam na szczyt, z którego nie ma zejścia

ODKRYCIE AMERYKI
czyli
jak się to wszystko zaczęło

Nie będę Państwa zanudzać moim nieciekawym życiorysem. Tylko kilka faktów, które w moim odczuciu przyczyniły się do tego, kim jestem dziś i które rozwinęły moją bezgraniczną miłość do wszystkich zwierząt.

Moim największym dziecięcym marzeniem było mieć towarzystwo psa. Nigdy nie była dla mnie ważna rasa, płeć, kolor, wielkość a tym bardziej posiadanie rodowodu. Rodzice jednak tego jednego marzenia spełnić nie mogli i nie nie chcieli. Argumenty były zawsze te same: małe mieszkanie, pies się męczy w bloku itp.itd. Klasyczne stereotypowe myślenie całkowicie obce rozumieniu dziecka marzącego o wspaniałym towarzyszu w zabawie i dziecięcych troskach. Niestety rodzice byli konsekwentni, życie jednak samo pisze najlepsze scenariusze i tak (choć byłam już wtedy dorosła) zagościł w naszych sercach i domu pies Atos. Ktoś go nam podrzucił na działce, miał wtedy 3 miesiące i został z nami aż (dla nas tylko) 14 lat. Cała moja najbliższa rodzina (z rodzicami na czele) byli w Tysiu bezgranicznie zakochani. Był bardzo mądrym (choć niezbyt karnym) psem, dobrym, spokojnym towarzyszem życia. Musiałam o nim tu wspomnieć bo myślę, że to waśnie jego obecność otworzyła mi umysł na inne istoty, jemu zawdzięczam całą Empatię jaką mam i sposób w jaki patrzę na zwierzęta.

6 lat temu na parkingu wielkiego Centrum Handlowego znalazła mnie moja pierwsza Kicia, dziś mam już cztery. Przerażona, ale ufna po prostu postanowiła pojechać ze mną do domu i tak naprawdę się to wszystko zaczęło. Dopiero wtedy zauważyłam, że te koty, które codziennie widzę przy blokowiskach wcale nie radzą sobie tak dobrze w dzisiejszym świecie, nie mają jedzenia pod dostatkiem i nie wszyscy je kochają. Kiedy wreszcie to odkryłam, życie napisało dla mnie scenariusz, który dla mnie samej był największym zaskoczeniem.

Beata Krupianik 0-660-452-101, e-mail: kasbi@op.pl
Osoby, które chcą wesprzeć inicjatywę Beaty Krupianik, prosimy o wpłaty dotacji na Partnera Fundacji Azylu pod Psim Aniołem (OPP).


Dotację należy wpłacić na rachunek Fundacji z odpowiednią adnotacją:

Fundacja Azylu pod Psim Aniołem,
Warszawa, ul. Garncarska 37a
03 1020 1042 0000 8802 0109 6528

tytułem: Beata Krupianik
Więcej o dotacjach i odpisie 1% podatku:
informacje dla darczyńców.

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY
czyli
początki pożytecznych działań dla kociej społeczności

W 2004 roku zaczęłam pracować w warszawskim szpitalu Bródnowskim. Pewnego dnia w tzw, łączniku pomiędzy budynkami zauważyłam białą kicię. Szybko pobiegłam do swojej torby, wyjęłam wędlinę z kanapki i pobiegłam jej dać. Kicia schowała się w krzakach i z zaciekawieniem obserwowała moje ruchy. Na nic moje kici, kici - zostawiłam więc wędlinkę a za chwilę doniosłam miseczkę z wodą. Od tego czasu już codziennie.

Po pewnym czasie przyszła do mnie pani której ktoś powiedział, że ja też podrzucam kotkom coś do schrupania. To była karmicielka. To ona opowiedziała mi wszystkie kocie historie, to ona pokazała wszystkie miejsca gdzie kotki mieszkają na terenie szpitala. Nikt tu kotów nie potrzebował do tego stopnia, że pani Hania musiała się skradać z jedzeniem do miejsc gdzie kotki sobie mieszkały. Szpitalne tygrysy były trute i prześladowane także przez psa, który wyprowadzany przez pracowników (poprzedniej) ochrony zabawiał ich ścigając i mordując te najsłabsze, najstarsze albo najmłodsze kotki. Kiedy się tym dowiedziałam powiedziałam sobie, że koniecznie muszę coś z tym zrobić. Już wtedy nie tylko pomagałam pani Hani karmić ale w zasadzie to ona pomagała mi co drugi dzień. Korzystając ze zmian w Szpitalu poszłam na rozmowę do nowej Pani Dyrektor i mówiąc w skrócie zaproponowałam rodzaj współpracy. Ja zajmę się kotkami w miarę możliwości jak najbardziej profesjonalnie czyli odłowię do sterylizacji, zaszczepię i odrobaczę wszystkie kotki które tylko uda mi się odłowić a w zamian kotki będą legalnie karmione, przestaną być prześladowane a pies będzie wypuszczany albo na smyczy albo w kagańcu. Z sercem na ramieniu opowiedziałam, że przecież Nasze tygrysy są bardzo potrzebne, że dzięki nim tam gdzie żyją nie ma gryzoni itp. Itd. Pani dyrektor okazała się osobą bardzo przychylną mojemu pomysłowi zrobienia porządku z naszymi Tygryskami, niestety jednak szpital nie może przeznaczyć i nie posiada żadnych funduszy na takie przypadki. Zgłosiłam się więc do Wydziału Ochrony Środowiska. Tam otrzymałam skierowania na zabiegi.

Od 2005 roku udało mi się osobiście odłowić do zabiegu 26 tygrysków. Wszystkie zostały wysterylizowane (wykastrowane) zaszczepione i odrobaczone.
W 2006 dyrekcja szpitala przekazała na rzecz naszych kotków starą drewnianą stróżówkę. Ociepliłam ją styropianem, zrobiłam legowiska i wycięłam odpowiednie 2 wejścia zabezpieczone wiatrołapami tak, żeby nie było przeciągu. Tyle dotychczas udało mi się zrobić. Ponieważ na terenie szpitala koty bytują w 5 miejscach , ten jeden domek jest dopiero pierwszym w miarę dobrze przystosowanym ,miejscem gdzie kotki mają szansę przetrwać ostrzejszą zimę. (poniżej zdjęcia domku - teraz jest już z ładniejszym wejściem niż na tej fotografii)

CZAS WOLNY
czyli
jak "odpoczywa" miłośnik zwierząt

Ten tytuł to oczywiście tak z przekory. Tak się złożyło, że przy okazji moich działań na rzecz szpitalnych tygrysków weszłam głębiej w losy wolno żyjących kotów. Od 2 lat jestem wolontariuszką przy warszawskim Stowarzyszeniu "Mruczek" dlatego tak naprawdę nie wiem co oznacza "czas wolny". Od dwóch lat niemal codziennie staram się pomagać tym, którzy nie radza sobie ze swoimi podopiecznymi. Tak to już jest, że przynajmniej tu, na warszawskim Bródnie większość karmicielek to osoby starsze, często schorowane. Ciężko jest takiej osobie czekać (czasem nawet po kilka godzin -mój rekord to trzy godziny) w piwnicy w oczekiwaniu na to by przestraszony, nieufny kot wszedł do klatki - pułapki w celu odwiezienia go do lecznicy na zabieg kastracji. Przez dwa lata tej części mojej działalności przeszłam naprawdę niezłą szkołe życia. Od miejsc gdzie szykanowane są karmicielki i dlatego tak ciężko tam nie tylko karmić koty ale także odławiać do zabiegu, poprzez miejsca gdzie po prostu nikt się zwierzakami nie zajmuje aż do miejsc gdzie nawet karmicielkom ciężko wytłumaczyć jak ważne jest zmniejszanie poprzez sterylizację populacji zwierząt. Nie wiem które z tych miejsc są dla mnie najtrudniejsze. Spotkałam miejsca prawdziwej niczym nie zrozumiałej nienawiści do kotów, miejsca gdzie do miski z mlekiem postawionej przez karmicielkę ktoś dosypał cementu, gdzie wysypuje się wapno . gdzie lokatorzy pobili (!!!) karmicielkę - za koty właśnie. Gdzieś w głębi wierzę jeszcze że to nie wynik bezmyślnego okrucieństwa, wciąż wierzę, że to jeszcze brak edukacji, brak wiedzy o zwierzętach, o tym, że one tak jak my czują i myślą.

Pomimo, że brak mi wolnego czasu powiem jedno. Nie żałuję ..... ani jednej minuty spędzonej na tym co robię, bo kiedy podchodzą do mnie wtedy gdy do nich zaglądam, niekoniecznie w porze karmienia, kiedy niektóre z nich pozwalają mi się pogłaskać utwierdzam się w przekonaniu, że robię to co powinnam robić a wtedy nawet w 30° mrozu robi mi się ciepło w sercu. Bo to naprawdę wspaniałe stworzenia choć tak niedocenione przez człowieka.

Na koniec trochę matematyki - kilka istotnych liczb.

LICZBY SZPITALNYCH TYGRYSÓW
35 - tylu kocich lokatorów naliczyłam jesienią 2006 (niektórzy z nich to po prostu stali bywalcy zorganizowanej przeze mnie kociej stołówki)
26 - tyle tygrysków zostało poddane zabiegowi kastracji/sterylizacji i pełnemu przeglądowi lekarskiemu.
10 - tylu maluchom udało mi się znaleźć nowy szczęśliwy dom

Wszyskich Państwa zachęcam do przeczytania mojej "KoTzetki" (PDF) - darmowej gazetki mojego autorstwa, którą od grudnia 2006 mogę za zgodą Dyrekcji szpitala rozprowadzać na terenie szpitala, a która nieco szczegółowiej opisuje losy moich podopiecznych.

A oto kilku z moich podopiecznych:

1. Zezula, urocza około 3-letnia koteczka o imieniu jasno wskazującą pewną jej wzrokową przypadłość. Już wysterylizowana rzecz jasna.

2. Plamka, jak sama nazwa wskazuje koteczka o charakterystycznym ubarwieniu pysia. Też wysterylizowana.

3. Rudolf, (po lewej) odnalazł moją kocią stołówkę wiosną 2006, niezbyt dziki, więc przypuszczam, że wyrzucony przez człowieka. Jeszcze nie wykastrowany. Niuniek (po prawej) urodził się wiosną 2006, już jest po zabiegu ale wciąż nie ufa człowiekowi.

4. Zdjecie po lewej - Hitek ( czarno-biały), Burcia (pręgowana), Kubuś i Koleś (dwa czarnusie), zdjęcie po prawej -Tyberiusz - (biały kołnierzyk) - Na początku kiedy zaczął odwiedzać kocią stołówkę miał jeszcze czerwoną obróżkę, potem ktoś mu ją zdjął i Zezia pręgowana koteczka.

5. Wiosna 2006 - Pani Hania i niecała 1/3 naszych podopiecznych.

6. A to Zołzia (okropnie bije wszystkich, nawet tych co jeść podają) i nie tylko jej stołówka

Przy takiej gromadce potrzeby są ogromne, dlatego zwracam się do wszystkich tych którym podoba się to co i jak robię z prośbą o wsparcie dla moich Szpitalnych Tygrysków.
Największą potrzebą jest oczywiście ich żywienie, ale chciałabym postawić kolejne domki na zimę bo teraz część z nich mieszka w nieocieplonych blaszanych garażach.

Pozyskane fundusze chciałabym więc wykorzystać:

  1. Budowę domków
  2. Karmę
  3. Kastrację i ewentualne leczenie.
  4. Transport (nie tylko tych szpitalnych)

Korzystając z okazji chcę bardzo gorąco podziękować Dyrekcji Szpitala Bródnowskiego, za wyrozumiałość i serce dla zwierząt a także za przekazany domek. To wspaniały przykład dla innych, tych którzy jakże często nie tylko nie zauważają cierpienia zwierząt na swoim terenie ale także jakże często czynią ich życie smutnym.